sobota, 23 czerwca 2018

Od zera do bohatera - ogrodnictwo

Moi Drodzy!

Każdy z nas ma jakąś dziedzinę w której wymiata. Ba! Nawet kilka dziedzin. Dla mnie jest to gotowanie i szeroko pojęta komunikacja. Wyjaśnić? Gadam, gadam i nagadać się nie mogę. No mam taki flow po prostu. Natomiast, że kuchnia jest moim żywiołem pisałam nie raz i nie dwa.  No ale ten post nie jest o moich świetnych stronach. Jest o tym jaką niedojdą ogrodniczą jestem.

Zawsze powtarzam znajomym, że rośliny w moim domu musi cechować determinacja i instynkt przetrwania. Każdy z moich kwiatów zasługuje na order. Zawsze za nie trzymam mocno kciuki, co nie znaczy, że zawsze pamiętam żeby je podlać. Bez przesady, kto ma na to czas?

Postanowiłam sobie jednak ambitnie, że nie będę ogrodniczym zerem. No po prostu nie będę. Dlaczego? Bo jak przyjdzie apokalipsa to chce mieć co jeść ;). A tak na poważnie, świetna kuchnia bierze się ze świetnych produktów.

Nie ukrywam, że na początku szkło mozolnie, dokupowałam ziemi i dokupowałam, i dokupowałam... Pomocna okazała się również skrzynka zbita przez naszego przyjaciela. Stwierdziłam, że ogród na balkonie to będzie coś dla mnie. Po skonstruowaniu skrzynki i przewiezieniu do nas mój mąż dzielnie ją zbił i pomalował bejcą. Następnie obił ją agrowłókniną. Wtedy zaczęliśmy sypać warstwy ziemi uniwersalnej, organicznego kompostu, ziemi, nawozu liofilizowanego i znowu od nowa. Na samą skrzynkę poszło 460 litrów ziemi, 6 litrów organicznego kompostu pozyskanego od sąsiada :) i 1 kg nawozu liofilizowanego. A potem był chaos! Doszło kilka donic i doniczek.

Jednak mój balkon powoli zaczyna przypominać dżunglę! Pomidorowo - ziołową dżunglę! Muszę też wspomnieć o tym, że post ten piszę od maja. Tak, jest już druga połowa czerwca. A dżungla bardzo się rozrosła! Jednak w planach mam powiększenie dżungli o więcej donic i drabinę z ziołami.










A teraz mały gratis! Awokado -gratis! Udało mi się! Trwało to trzy miesiące i teraz moja własna sadzonka awokado pójdzie do ziemi:) a raczej do donicy. A wszystko zaczęło się od awokado zapiekanego z jajkiem, pinteresta, słoika i trzech wykałaczek! Patrzcie jaki mi piękny wyrósł!


Wniosek jest jeden. Trzeba próbować, u mnie z roślinami jest jak z matematyką - za n-tym razem się udało.

piątek, 6 kwietnia 2018

Posiadanie budowy endomorfika jest do d.py

Moi Drodzy!

Nie macie czasem wrażenia, że życie jest niesprawiedliwe? Na poziomie komórkowym? Ja tak. Nie chcę się zagłębiać w bardzo poważne tematy, jak choroby czy ubóstwo. To nie jest lekki temat, a ten blog też nie ma takiego charakteru. Potraktujemy dzisiaj pojęcie niesprawiedliwości pół żartem, pół serio. Czyli trochę o życiu wiecznie głodnego endomorfika!

Endo...co? No właśnie. Tak jak trudno mówić o pieczeniu ciasta, nie wiedząc czym jest mąka, tak tutaj też musimy sobie parę spraw wyjaśnić. Słowo na dzisiaj to : SOMATOTYP. Prościej? Typ budowy ciała. Wyróżniamy trzy główne: Ektomorfik, Endomorfik i Mezomorfik.

Ektomorfik - kojarzycie swoje koleżanki? Wysokie i szczupłe, zazwyczaj mają na buzi jeszcze trochę majonezu z właśnie zjedzonego hamburgera? Te co jedzą, jedzą i jedzą, nic nie tyją mimo, że bardzo by chciały? No to już wiecie jak wygląda ektomorfik! Bardzo szybki metabolizm, zazwyczaj szczupłe nogi i ręce, wysokie osoby, raczej drobniejszy biust. Myślicie o Gwyneth Paltrow? Dokładnie.



Mezomorfik -  w życiu nie można mieć wszystkiego, ale oni mają wszystko! Atletyczna budowa, duża siła, wysoki metabolizm. Ciało boga! Wyglądają dobrze sami z siebie, bez większego wysiłku, a jak już potrenują, wygrywają medale. Jeśli macie przed oczami Jessicę Biel czy Halle Berry to szybko łapiecie o co chodzi.


A teraz fanfary!

Endomorfik - niski, szerokie obręcze, masywne nogi i ręce. To trochę brzmi jakbym pisała o człowieku pierwotnym. Szybko tyje. Niektórzy twierdzą, że endomorfik rezerwując stolik w restauracji właśnie przytył dwa kilogramy. Bardzo niski metabolizm, dość duża siła wyjściowa. Endomorfik by dobrze wyglądać musi utrzymywać stały deficyt kaloryczny, no i co? Cardio, cardio, cardio... Można tak do znudzenia. Wiem o tym najlepiej, bo sama jestem endomorfikiem. Jem mało, dużo ćwiczę. Wolałabym jeść dużo i ćwiczyć mało! Ha! Z drugiej strony pocieszeniem jest to, że Jennifer Lopez i Dita Von Teese to też endomorfiki!  No i Marilyn Monroe, Salma Hayek! Chcesz zadzierać z Salmą? No co Ty. Ale i tak bym zjadła burgera z podwójnym bekonem zamiast sików z jarmuża! Dolce Vita Kochani!



poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Święta, święta i po świętach - trochę o świątecznej depresji

Moi Drodzy !

Znacie to? Tydzień szaleńczego sprzątania godnego perfekcyjnej Pani Domu. Zakupy, zakupy, zakupy - przypomina to walkę z ludźmi o każdy kilogram mąki w post apokaliptycznym świecie. Tylko nie ma żadnej apokalipsy, a w magazynie jest mnóstwo mąki. Jak już jesteś w domu to od piątku pieczesz i gotujesz, albo kroisz i siekasz,a potem jeszcze mieszasz. Nazwałam to niewolą kuchenną.

Po za tym, stwierdziłam, że nie ma lepszego okresu na oczyszczanie organizmu niż wielki czwartek, piątek i sobota. Obowiązuje wtedy ścisły post, idealna okazja na oczyszczanie się owocowo warzywnym smoothie. Ale o tym opowiem kiedy indziej w zupełnie osobnym artykule. Czego jednak nie przewidziałam, że gdy pracujesz (nie masz urlopu w Wielki Piątek), ćwiczysz a do tego coś Ci odwaliło żeby być idealną Panią Domu na święta - jesteś wykończona. Zero tłuszczu, węgli = zero energii. Proste równanie.

Żeby jednak było trochę weselej zaczęła nam nawalać lodówka. W Wielką Sobotę zaczęła piszczeć. Włączać i wyłączać się. Na szczęście jest dzisiaj lany poniedziałek i dalej działa. Co nie oznacza, że  nie piszczy. Bo piszczy

Oprócz tego do 22.04 muszę oddać pierwszy rozdział pracy inżynierskiej. Kiedy mam to pisać? Kiedy? Jednak natchnęła mnie AgnessHenry (jej blog) wraz ze swoim zdjęciem pełnym książek, szybko wybrałam się do miejskiej biblioteki w piątek. I mam ciężkie tomiszcza, w które zajrzę jeszcze dzisiaj. Ale to nie koniec, bo jest początek miesiąca i trochę sobie muszę jednak popracować w święta, ten piękny okres płac...

Ale ten cały nawał zadań to nie jest tragedia. Tragedia to jest wtedy kiedy masz w końcu chwilę dla siebie i zaczynasz myśleć. No i zaczyna się świąteczna depresja. Za mało osiągnęłam, za mało mam, za dużo wydaje....Itd itp. Czy tylko mnie to dopada przy okazji każdych świąt? Ten moment kiedy stwierdzasz, że nie idzie według planów? Nie tak miało być? Tylko co z tym zrobić teraz? Nie z tym świątecznym spleenem, tylko z rezultatem refleksji? Bo chyba jednak jest coś nie tak, jak w końcu masz chwilę dla siebie i dochodzisz do tego wniosku?

niedziela, 25 marca 2018

Pinterest, Nailed it i kozi ser z pieczonymi burakami

Moi Drodzy!

Wszyscy uwielbiamy Pinterest. Wiele inspirujących projektów można na nim znaleźć. Gorzej jak te projekty okazują się kompletną porażką. W moim przypadku jednak jest tak, że często zapisuje je w projektach do zrobienia. Potem zwyczajnie zapominam o tym. Zazwyczaj obiecuję sobie, że zrobię te wszystkie projekty jak będę w ciąży w domu. Hahaha!


Jak już rozmawiamy o pintereście, całkiem niedawno pojawił się na Netflixie program nailed it. Show polega na tym, że amatorzy odtwarzają ikoniczne desery/torty z pinteresta. Mówiąc delikatnie, wersje uczestników różniły się od oryginałów. Polecam Wam! Przy okazji, założyłam mojemu blogowi pinteresta <wink>!


Muszę się również pochwalić, a raczej pochwalić znany dyskont Biedronki! W końcu dali roladki z koziego sera, w bardzo przystępnej cenie. Czekałam na to. Uwielbiam kozi ser. Z drugiej strony produkt ten nie należy do palety najtańszych. W Biedronce w cenie 4,99 za 180 g już było całkiem znośnie. A jak już mamy kozi ser, to czas na sałatkę!

Kocham sałatkę z kozim serem, rukolą, pieczonym burakiem i granatem. Kocham. To nie jest nadużycie. Łączy mnie emocjonalna więź z tym prostym, ale wykwintnym w smaku daniem. No ten miodowy winegret. Pycha! Poza moją domową, najlepszą sałatkę z kozim serem jadłam w Cieszynie, w Kamienicy u Kończakowskich. Wspaniała. Tam podają pleśniowy ser kozi z granatem. Jeśli tam jestem, to jest pewne, że muszę ją zamówić. Kozi ser ma tą charakterystyczną goryczkę na końcu, a burak jest słodki.  I tak naprawdę jest wiele smaków pomiędzy w tej sałatce. Zdecydowanie, sałatka z kozim serem,rukolą, pieczonym burakiem i granatem jest moją najbardziej ulubioną sałatką.


No a teraz czas na banalnie prosty przepis.
Potrzebujecie:
* Sałatka:
- roladkę koziego sera
- pomidorki koktajlowe
- mieszanka sałat/rukola
- pół małego granatu
- gotowany burak
- czerwona cebula
- żytni chlebek
- oliwki jeśli lubicie
- ocet balsamiczny
*Miodowy winegret:
- 1 łyżka miodu
- 1 łyżka octu winnego/soku z cytryny
- 4 łyżki oliwy
Pieczemy wcześniej ugotowany i pokrojony w talarki burak w 200 stopniach przez 20 minut.  Jeśli lubicie, polejcie je octem balsamicznym. A reszta? Co tu dużo pisać, po prostu mieszamy sałatkę ze sobą,wykładamy kozi ser, upieczone buraki, kroimy cebulę robimy tosty z żytniej kromki i polewamy sosem winegret. Na koniec posypujemy granatem. Smacznego!

piątek, 9 marca 2018

Wszyscy kochamy Gesslerową, bez względu na to która półkula mózgowa u nas przeważa

Moi Drodzy!

Ogromną część mojego życia stanowi jedzenie. Nie mam na myśli jedzenia w sensie przymusu biologicznego. Kocham gotować i piec. Tutaj mogę poszaleć, pomyśleć nieszablonowo. Nie ma też nic lepszego, niż to jak patrzysz kiedy inni jedzą to co im przygotowałeś. Mało tego, gdy mówią, że im smakuje. Dla mnie to jest o wiele większa satysfakcja, niż samo jedzenie przygotowanych przeze mnie posiłków.


Uwielbiam programy kulinarne. W tym kuchenne rewolucję. Jest coś w osobowości Magdy Gessler przekonywującego. Bardzo często się z nią nie zgadzam, wielokrotnie wręcz jej nie lubię za jej zachowanie. Dla mnie jednak jest wolność w niej. Magda myśli instynktownie. Ostatnio na zajęciach z zarządzania zespołem mieliśmy ciekawy test, na to która półkula mózgu u nas przeważa. Nie ma się co dziwić, że u mnie - kobiecie która pracuje w kadrach, przeważa lewa półkula. Natomiast nie była to duża różnica między prawą półkulą.  Mówiąc w skrócie jest poukładana, ale lubię czasem coś odwalić szalonego. Jednak jestem przekonana, że u Magdy Gessler byłaby to skrajna przewaga prawej półkuli. 


Magda myśli kolorami, w głowię ma muzykę i zapachy. Jestem tego pewna. Ja tylko tak się czuje przy gotowaniu. W pracy zdecydowanie nie kolory mi w głowię, a liczby i normy. Z drugiej strony uwielbiam to uczucie w kuchni, kiedy kierujesz się instynktem. A Wy? Która półkula u Was przeważa? Jesteście punktualni, porządni i poukładani? Czy może czas dla Was jest pojęciem względnym, a porządek może być bałaganem?



poniedziałek, 26 lutego 2018

Cena marzeń

Moi Drodzy!

Zawsze, gdy myślimy o marzeniach widzimy wszystko w jasnych kolorach. Widzimy te spełnione cele, wyobrażamy sobie szczęście i spełnienie. Czy zawsze to tak wygląda? Zaczęłam się zastanawiać jak wielką czasem cenę ponosimy, po to żeby spełnić swoje marzenia. Co pogrzebie na swojej drodze drive który nas napędza.


Czasem te koszty nie są spektakularne. Co jakiś czas zarwane noce, rozdrażnienie spowodowane zmęczeniem. Od czasu do czasu przełożone spotkanie, impreza na którą nie dacie radę pójść. Bywają kłótnie z bliskimi, po co to wszystko. Tak to bywa u mnie. W przypadku moich ambicji moje koszty są ukryte, czasem pęcznieją w postaci 3 tygodni bez wolnego weekendu. Czasem Mąż wspomni, że już po tych studiach daj sobie spokój, ja po cichu wiem, już na jaki kurs chce iść. A cel w postaci jakiejś tam kariery jest osiągany stopniowo i wolno, nigdy tak naprawdę nie wiemy czy się nam to uda. Przyznacie przecież, że czasem ciężka praca nie zawsze jest gwarantem sukcesu bo potrzebna jest ta boża iskra, łut szczęścia. I osoby podobne mnie odkładają na boczny tor założenie rodziny, urodzenie dzieci w nadziei, że jeszcze będzie na to czas. Trudno stwierdzić, czy kiedykolwiek osiągniemy coś co uszczęśliwi nas na dłuższą metę.


Innymi razy cena marzeń zbija nas z nóg. Jest jak siła natury. Jak inwestycja wysokiego ryzyka. Gdy się zwraca, cały świat jest zaczarowany tym miliarderem, tym samotnym żeglarzem czy właśnie tym himalaistą. Te osoby gdy osiągają sukces są ulubieńcami społeczeństwa. Ostracyzm społeczny zaczyna się, gdy im się nie uda. Gdy zginą w drodze do swojego celu. Bardzo żywa jest dla nas wciąż sytuacja z Nanga Parbat. Ileż to obudziło się w Polsce teoretyków Himalaizmu. Ja nie czuje się na siłach, żeby wypowiadać się na ten temat, nic nie wiem o takiej sile która kazałaby mi się zmierzyć ze strefą śmierci. Natomiast nie potrafię o tym zapomnieć, sprawa Mackiewicza i Revol wstrząsnęła mną. Bo jak wielkie musi być powołanie, żebyś dopuścił ewentualność, że staniesz się częścią góry, a Twoja rodzina pogrzebie pustą trumnę. Nie wiem tego. Myślę, że ta siła właśnie musi być niesamowicie potężna.


Są również osoby, które według siebie przez pragmatyzm twierdzą, że marzenia są egoistyczne. Nie macie jednak wrażenia, że oni potem są tacy zastani? Ta radość, kiedy się cieszą, że komuś coś nie wyszło jest niemal radioaktywna. Zgorzknienie przekazują dalej, dławiąc każdy przejaw marzycielstwa wokół siebie. Tak zapobiegawczo, żeby nie poczuć smaku przegranej. Ale tym słodszy smak wygranej im więcej potknęliśmy się po drodze.

sobota, 24 lutego 2018

Lubimy Czytać! - Artur Jabłoński "Jak pisać, żeby chcieli czytać i kupować. Copywriting i Webrwriting"

Moi Drodzy!

Jak wiecie, nie lubię kiedy mam za dużo wolnego czasu (głupia TY). W zeszłym roku byłam zajęta planowaniem ślubu, w tym roku więc mam małą (haha) lukę. Postanowiłam wrócić do pisania.
Wiem, że piszę na blogu. To był pierwszy krok, żeby się troszkę rozruszać. Po za tym chcę mieć moje własne "m" w sieci. Gdzie ja ustalam content. Miejsce na moich warunkach.


Natomiast chciałam też wrócić do pisania zarobkowego, trochę w charakterze właśnie copywritera. Szkoda mi było moich marzeń i pięciu lat studiów w tym kierunku. Zawsze lubiłam mówić i pisać. Ten powrót nawet mi się powoli udaje, póki co małe rzeczy.


Skoro już tak piszemy o pisaniu - nomen omen - to chciałabym przedstawić Wam Artura Jabłońskiego - tutaj poczytacie Jego stronę. Jest to, krótko pisząc, blog o marketingu internetowym. Bardzo się ucieszyłam, gdy zauważyłam, że wydał książkę "Jak pisać, żeby chcieli czytać (i kupować). Copywriting i Webrwiting". Zapowiedziałam wtedy mojemu Mężowi co dokładnie chcę dostać od niego na urodziny.

Moi Drodzy! Świetnie się ją czyta! To nie jest nudny poradnik pełen banałów jak od zera otrzymać nagrodę Pulitzera. O nie. Jest w niej lekkość i prostota. Wszystko jest uporządkowane. Czyta się ją jednym tchem, nic nie jest skomplikowane, bo i po co ma być. Gdzieś w internecie przeczytałam o niej, że czyta się ją jak dobrą powieść. Ten kto to napisał ma absolutną rację. Jabłoński pisze o oczywistościach, o których my Wszyscy zapomnieliśmy. Serdecznie ją polecam wszystkim tym, którzy próbują swoich sił w pisaniu.

Ps. Koniecznie posłuchajcie tego.


Od zera do bohatera - ogrodnictwo

Moi Drodzy! Każdy z nas ma jakąś dziedzinę w której wymiata. Ba! Nawet kilka dziedzin. Dla mnie jest to gotowanie i szeroko pojęta komu...